niedziela, 11 lipca 2010

WRÓCIŁAM NA DOBRE:)

Witajcie, wróciłam i na razie nigdzie się nie wybieram:). Zabieram się za nadrabianie zaległości szyciowych, mam nadzieję, że w najbliższym czasie już nic mi nie wypadnie i będę mogła wszystko spokojnie dokończyć.
Bardzo Was moje drogie proszę jeszcze o odrobinę cierpliwości:).

Muszę się pochwalić, że spędziliśmy wspaniały weekend w gronie przyjaciół, było cudnie- błękitne niebo, ciepła woda , wspaniała miejscowość.
Wybraliśmy się na Pojezierze Drawskie do Czaplinka. Wycieczkę zaplanował od początku do końca mój kochany małożnek, to już tradycja u nas. Wszystkie planowane wycieczki przez Niego to strzał w 10! Plan był taki, że chłopaki jadą na rowerach a kobiety samochodem, przygotowania do takiej wycieczki to cały rytuał, kilka miesięcy przygotowań na rowerze (długie dystanse), odpowiednie jedzenie, suplementy i inne ważne drobiazgi. Jazda około 250 km. trwała cały dzień, oczywiście z przerwami :).
My dojechałyśmy wcześniej więc miałyśmy okazję nacieszyć się piękną pogodą i pozwiedzać to urocze miejsce.
Czaplinek jest miejscowością turystyczną ale na szczęście dla nas mało znaną, znajduje się tam Jezioro Drawsko- największe jezioro Pojezierza Drawskiego. A na jeziorze znajduje się Wyspa Bielawa, jest piątą co do wielkości wyspą śródjeziorną w Polsce, do niedawna uprawiano na niej wiklinę. Na wyspie utworzony jest Park Przyrodniczy, ale niestety nie mieliśmy okazji go zwiedzić.
Jezioro Drawsko zdecydowanie jest czystsze od jezior mazurskich i mniej zatłoczone, ale swoim widokiem i i krajobrazem niezwykle je przypomina.



Jedna z uroczych uliczek prowadząca prosto nad brzeg jeziora


Niezwykły zachód słońca...nie chciało się wracać

Żaglówki, przypominające krajobrazy mazurskich jezior.



Pozdrawiam Was drogie koleżanki bardzo cieplutko i życzę Wam równie wspaniałego wypoczynku ila:)!



poniedziałek, 5 lipca 2010

NA WILEŃSKIEJ STARÓWCE...

Miałam przyjemność spacerować po WILEŃSKIEJ STARÓWCE- niesamowite miasto ze specyficznym klimatem. Podczas gdy większość wycieczkowiczów zwiedzało kościoły i katedry my z moim małżonkiem wybraliśmy się na spacer po starym mieście i opłacało się, kościoły widzieliśmy tylko z zewnątrz i to nam wystarczyło. Wilno to chyba najładniejsze miasto, w jakim miałam okazję być. Urocze kręte uliczki, pełne delikatnych i subtelnych dekoracji ściennych.
Szczególną uwagę zwróciliśmy z moim P... na to, że nie było tam żadnych banerów reklamowych, nic zbędnie nie odstawało i nie "straszyło". U nas często można poznać zwłaszcza w dużych miastach, restaurację lub kawiarnię po reklamie piwa T... lub W....
Tam tego nie było! Każdy, kto był w Wilnie może to poświadczyć.

To jedne z dekoracji, zapraszające do herbaciarni

Nie mogłam się oprzeć tym dzbanuszkom:)




Kolejna dekoracja przed sklepem z lnianymi cudami, niestety zdjęć z wnętrza sklepu brak, bo pani nie pozwoliła go fotografować, a szkoda bo miałaby reklamę:)



Mimo iż latem nie przepadam za wielkimi miastami, to każdemu, kto będzie miał okazję być w Wilnie polecam na własna rękę spacer po starówce- naprawdę warto!




niedziela, 4 lipca 2010

COŚ DLA OKA...

Witajcie moje drogie, bardzo się za Wami stęskniłam:), powolutku nadrabiam blogowe zaległości. Cieszę się bardzo, że już w domu jestem! Powiem szczerze, że wycieczka nie należała do najciekawszych ale znalazłam na niej też coś dla siebie i chciałam się tym z Wami podzielić:)

Po przepłynięciu kanału Augustowskiego zasiedliśmy w przecudnej klimatycznej kawiarence, nie mogłam się oprzeć jej wystrojowi. Małżonek mój zanim zaczęłam się jeszcze przyglądać danym rzeczom powiedział mi żebym przypadkiem czegoś nie zwędziła:). Było tam tak dużo różnych interesujących rzeczy, że prawie w ogóle nie odpoczęłam tylko latałam z aparatem. I powiem szczerze, że miałam ochotę aby coś wziąć na pamiątkę:) na szczęście szybko stamtąd wyszliśmy i wszystko było takich rozmiarów, że niestety nie zmieściłoby mi się do torebki:)





Cudne kolorowe buteleczki było ich chyba ze 200 sztuk, żeliwne garnki...


Emaliowane dzbany, chodziłam koło nich jak zaczarowana:)

Maszyna- w opłakanym stanie, jednak nadal piękna!



Ceramiczne butle, nie wiem czy ktoś by zauważył, że zniknęła jedna:)





Wszystko ustawione na drewnianych dechach na tyłach kawiarenki






niedziela, 27 czerwca 2010

ŚWIECZUSZKOWE BABECZKI...

Wykorzystując czas, który ostatnio spędzam w domu, pomiędzy sprzątaniem i pakowaniem się zmieniłam sobie dekoracje na ulubionej tacy. Znalazłam stare foremeczki i przyodziałam je w świeczuszki, nie zajmują dużo miejsca na stole a jak dla mnie ślicznie wyglądają. Mała dekoracja a cieszy. Z nogą już znacznie lepiej, co mnie niezmiernie cieszy, bo myślałam, że z wycieczki nici, ale moczyłam w szarym mydełku, robiłam okłady i się zagoiło:)
Dziękuję Wam dziewczyny bardzo za słowa otuchy.
Lecę pakować walizkę, trzymajcie kciuki, żeby było fajnie:)





Ps. Kaju bardzo Ci dziękuję, za krótki opis tego co tam zwiedzimy:) a Was moje drogie bardzo mocno ściskam i pozdrawiam:)
Miłej niedzieli i całego przyszłego tygodnia:)

piątek, 25 czerwca 2010

BZOWO SIĘ ZROBIŁO:)

Już ostatni dzwonek na zerwanie bzu ale jeszcze zdążyłam, wczoraj zebrałam się w sobie i poszłam na poszukiwania tej cennej roślinki. Od kilku dni siedzę w domu i nic mi się nie chce, kiepsko się czuję i brakuje mi enegii, miejmy nadzieję, że po weekendzie wszystko wróci do normy. Planuję pierwszy raz zrobić syrop z czarnego bzu, przepis znalazłam w internecie, bardzo podobnie się go robi jak syrop z mniszka, który wcześniej pokazywałam.
W tej chwili kwiaty się moczą w wodzie z cytryną i cukrem a już jutro zostanie syropek zlany do słoiczków.

Do zrobienia syropu potrzebujemy 3 cytryny, 36 baldachimów czarnego bzu i 1 kg. cukru.
Po wcześniejszym oczyszczeniu rozdrabniamy baldachimy pozbywając się gałązek, zalewamy 1litrem wody, dodajemy pokrojoną cytrynę i zagotowujemy, gdy się tylko zagotuje odstawiamy z palnika i zostawiamy wszystko na 24 h, przecedzamy wszystko przez sitko, następnie dodajemy cukier i gotujemy 2 h, do momentu zgęstnienia. Gorący płyn zlewamy do słoiczków i szczelnie zamykamy, odwracamy do góry dnem. Nie pasteryzujemy
Pozostały bez właśnie się suszy na sznureczkach w przewiewnym miejscy w szopie, gdy już będzie suchy zmieszam go z kwiatami lipy. Bardzo lubię taki napój, jest bardzo orzeźwiający i ma świetny smak.
Podczas wieszania bzu miałam bardzo nieprzyjemny wypadek, noga mi się osunęła i nadepnęłam na gwoździa, nie będę pisać co było dalej. Efektem tego jest dziura w nodze i okropny ból. Mam nadzieję, że do niedzieli mi przejdzie bo w poniedziałek jedziemy na Mazury i na Litwę.
Mamy tygodniowy wyjazd z mojego małżonka pracy, nie mogę się doczekać i po raz pierwszy będę miała tak długą przerwę w blogowaniu:)

Ps. Dziś koniec roku szkolnego, z czego się bardzo cieszę bo przez dwa równiutkie miesiące będę miała mojego małżonka w domku:)

Pozdrawiam Was weekendowo ila!

środa, 23 czerwca 2010

CERAMICZNIE...

Dziś chwale się miseczką, o której kiedyś już wspomniałam. To moja jedyna pamiątka ze szkoły, jestem z niej niezwykle dumna bo to moja pierwsza praca i mimo, że nie jest równiutka to i tak bardzo mi się podoba. Dziś pełni funkcje typowo dekoracyjną czasem tylko użytkową, wolę wpatrywać się w jej błękitne dno. Często gdy mam chandrę biorę sobie ją do ręki i wracają wspomnienia, uwielbiam jej chropowatą fakturę, zrobiona jest z gliny szamotowej, która używana była do wyrobu rur i którą dostawaliśmy gdy jakaś rura wyszła krzywa. Zajęcia z ceramiki bardzo lubiłam a, że odbywały się jesienią to do tej pory roku mam szczególny sentyment i często najwięcej pomysłów przychodzi mi do głowy właśnie tą porą :). Glina szamotowa jest porowata i nie nadaje się do robienia rzeczy użytkowych ale wielkie butle bardzo dobrze się sprawdzają w roli dekoracji.
Miseczka nie jest duża ma 15 cm średnicy, wykonałam ją metodą wałeczków, nie będę jej opisywać bo nie chcę Was tym zanudzić, ale to bardzo fajna metoda:), na dno położyłam potłuczone błękitne szkło. Niestety szkło topi się w niższej temp. aniżeli rury szamotowe są wypalane i po prostu się "zagotowało", i w takiej postaci zastygło.
Dziś można spotkać wyroby szamotowe mniej chropowate i porowate z równiutko zastygniętym szkłem, sama mam w domu kilka takich rzeczy, ale podoba mi się moja miseczka, bo jest jedyna w swoim rodzaju:)
Tym postem przypomniałam sobie stare dobre czasy:)














Dziękuję za Wasze wcześniejsze słowa otuchy, i cieszę się, że lubicie do mnie zagladać. To dla mnie bardzo ważne:)
Pozdrawiam Was bardzo cieplutko ila:)





wtorek, 22 czerwca 2010

TRUSKAWKOWO...

Zastanawiałam się czy pisać dzisiejszego posta i czy w ogóle nie usunąć bloga, bo przeglądając i nanosząc poprawki wczoraj natrafiłam na pewien komentarz i nie wiem jak go ugryźć. Chodzi o tego nieszczęsnego królika, który tak się wszystkim podoba, dla mnie teraz jest przekleństwem. Otóż pewna pani napisała coś typu, że umieszczam informację na pasku obok o zakazie kopiowania a sama to robię. Zgadza się, królika skopiowałam ale tylko dlatego, że niestety niedostępny jest u nas w sklepach. Napisała również, że nie jest aż tak strasznie drogi jak napisałam, ale dla mnie wydać 250zł na maskotkę 52 centymetrową to jest dużo! A co do mojego zakazu kopiowania, to chodzi i wyłącznie o moje (rodzinne) zdjęcia i zdjęcia Łagowa a nie o to, co się na nich znajduje. Sama staram się nie kopiować a jeśli już to chcę zrobić, to się pytam czy mogę. Z królikiem nie miałam tej możliwości, nie będę się jednak tłumaczyć bo nie mam komu. Wszystkie rzeczy z wyjątkiem tej jednej, są mojego pomysłu i nawet jeśli w Waszych komentarzach dowiaduję się o tym, że gdzieś tam na zagranicznym blogu czy nawet Polskim widziały identyczną rzecz, to niestety ja nic o tym wcześniej nie wiedziałam!
Ale ok, zmiana tematu:) Dziś zajęłam się truskawkami, powstały nowe dżemiki, które mogłabym jeść łychami, niekoniecznie na chlebie. Uwielbiam późną jesienią otworzyć sobie taki słoiczek i zajadać go z białym serem- który bardzo mi nie służy, no ale cóż począć jak taki dobry.
Chociaż nie przepadam za żelfiksem to musiałam go w tym wypadku dodać bo miałam mniej owoców niż sądziłam i nie opłacało mi się robić soku, którego i tak nie potrafię zrobić dobrego.
Powstało również ciasto biszkoptowe z zatopionymi w środku truskaweczkami- pychotka, jak to powiedział Filip.






BISZKOPT Z TRUSKAWKAMI
składniki:
6 jaj
6 łyżek mąki
6 łyżek cukru
łyżeczka proszku do pieczenia
0,5 kg. truskawek
wykonanie:
Jaja oddzielić od żółtek, wyobraźcie sobie ze ja w 6 jakach miałam 15 żółtek:, oczywiście nie dodałam wszystkich:) białka ubić, do ubitych jaj dodać cukier i żółtka, następnie przesiać przez sitko mąkę z proszkiem do pieczenia, wszystko ręcznie wymieszać starając się aby ciasto "wchłonęło" jak najwięcej powietrza, wtedy jest puszyste i nie opada.
Wylać ciasto do foremki, dodać połówki truskawek
Całość włożyć do piekarnika na 180st. do momentu aż zrobi się rumiane








Na koniec bardzo lubię sprószyć je cukrem pudrem:)
Pozdrawiam Was ciepło i dziękuję, że do mnie zaglądacie ila!