piątek, 6 sierpnia 2010

LAWENDOWE SKRZYDŁA...

Troszkę mnie nie było i dużo się ostatnio działo, więcej tych kiepskich rzeczy niż dobrych ale nie będę o tym pisać, po prostu wolę o tym zapomnieć. Blog ma mi służyć tylko i wyłącznie do pisania rzeczy, które sprawiają mi radość, wiec dziś o tym.
Kilka dni temu dostałam zaproszenie do nowej galerii internetowej założonej przez Moniczkę z Pokój z kominkiem , bardzo mnie to ucieszyło bo robię to co lubię, podoba się to innym i teraz mam jeszcze okazję to sprzedawać, więc zobaczymy co z tego wyjdzie:).
Powstały już pierwsze prace z myślą o sprzedaży. W sumie prace te miały być sprzedawane na Jarmarku Joannitów, który co roku odbywa się w Łagowie ale niestety okazało się, że jest już zbyt późno a jeszcze sprawy formalne, o których wcześniej nikt mi nie powiedział, nie zostały załatwione i okazja przeszła mi koło nosa. Jednak nie ma tego złego...
W przyszłym roku może się uda, a te rzeczy postaram się wystawić w tej galerii już jutro i zainteresowanych serdecznie zapraszam:)http://www.artstacja.pl/

Postawiłam na urok prostoty i takie rzeczy mojego autorstwa będziecie mogli tam znaleźć:)

Anielinka ma lawendowe skrzydełka, które pod najmniejszym dotykiem uwalniają zapach lawendy

serduszko i saszetka, wypełnione w całości kwiatem lawendy




Ten piękny materiał dostałam kiedyś od Llooki, troszkę sobie zostawiłam ale też chciałam się nim z Wami podzielić:).
Dziś mam jeszcze troszkę spraw na głowie więc moje tworki dopiero jutro zamieszczę w galerii, więc zapraszam jutro najserdeczniej.
Dziękuję Wam dziewczyny bardzo, że zaglądacie na bloga nawet jak niczego nie piszę, bardzo to miłe:)
Pozdrawiam cieplutko ila!



czwartek, 29 lipca 2010

WROTYCZ Z RUMIANKIEM

Wrotycz uwielbiam, za każdym razem, gdy jestem gdzieś na łące szukam tej niezwykłej rośliny. W domu już mam kilka zasuszonych bukietów z zeszłego roku, w tym postanowiłam zrobić sobie coś innego- powstał wianek. Nie jest idealnie okrągły i równy, ale przy tych drobnych kwiatuszkach ciężko uzyskać porządany kształt, lecz mimo to i tak jestem zadowolona:). Podkład zrobiłam z drutu, na który nawinęłam gazetę, wszystko oplotłam sznurkiem, szczęście, że miałam duzą rolkę bo gdzieś zapodziałam florystyczny drut, a jak już coś sobie zaplanuję to muszę to zrealizować. W gorącej wodzie baba ze mnie kąpana! Oczywiście pod koniec zabrakło mi kwiecia i rozmontowałam bukiet, który powiesiłam kilka dni wcześniej ale efekt nie był zadowalający, więc tata z teściem się nade mną zlitowali i pojechali rowerami na łąki po kwiecie dla mnie:). Wrócili z ogromnym bukietem, z którego gdybym się uparła mogłabym zrobić kolejny wianek, ale na dziś wystarczy:). Pozostałe kwiecie zajęło miejsce w wazonie.




Tak wianuszek prezentuje się w pełnej okazałości, wisi sobie na drzwiach wejściowych. Drzwi mam zielone więc fajnie z nimi kontrastuje



I chciałam Was jeszcze poinformować, że powolutku nadrabiam szyciowe zaległości, wczoraj w nocy powstał przygotowany na wymiankę z Belą z Bela Stitches worek na reklamówki.
Izuniu, mam nadzieję, że się podoba:)?
Mam jeszcze kilka prac do skończenia, dziewczyny pamiętam o Was i proszę o jeszcze odrobinę cierpliwości





Pierwszy raz szyłam worek na reklamówki i zdecydowanie lepiej wyszywało mi się go niż zszywało, ale efekt uważam jak dla mnie za zadowalający, mam nadzieję, że posiadaczce również się spodoba.




Pozdrawiam Was kobitki kochane bardzo cieplutko, bo coś chłodno ostatnio się zrobiło
ila!







środa, 28 lipca 2010

CZARUJĄCE CZARKI...

W tym samym sklepie, co I... kupiła wózeczek, ja nabyłam te czareczki, zauroczyła mnie ich kruchość i delikatne polne kwiaty. Sztuk było sześć, więc wzięłam wszystkie ale miałam pecha i podczas pakowania Pani zbiła dwie, więc zostały mi cztery szczęśliwie przywiezione do domku.
Do kompletu był też identyczny dzbanuszek na herbatkę lecz niestety z uszkodzoną wiklinową rączką, nie wzięłam go jednak bo nie miałam pomysłu jak ją naprawić, a teraz bardzo żałuję- zresztą jak zawsze. Pocieszam się jednak myślą, że niedługo znowu będę w tym sklepie i może jeszcze będzie:). Nie mam jeszcze przeznaczenia dla tych czarek ale pewnie niedługo coś wykombinuję, może zrobię z nich świeczniki, albo miniaturowe doniczki?


Chciałam Wam też w końcu pokazać jakie cudo przywiozłam z Litwy- miseczka z kwiatami, zauroczyła mnie od pierwszego wejrzenia, nie mogłam się jej oprzeć. Stała sobie na regale w przydrożnym sklepiku całkiem niedroga. Zdecydowanie wolę takie pamiątki z wycieczek niż kartki czy bursztyny, których na Litwie jest mnóstwo, i które na pewno leżały by po tygodniu w kącie. A tak mam przyjemne z pożytecznym:)

Nie ma idealnie okrągłego kształtu, jest asymetryczna i z każdej strony ma inny kwiat, pomiędzy kwiatami małe reliefy w kształcie lilijek, na żywo prezentuje się zdecydowanie lepiej niż na zdjęciach i pięknie wygląda wyeksponowana na stole wśród białej porcelany:)




Bardzo dziękuję Wam za miłe słowa w poprzednim poście, niestety nie pisałam nic w komentarzu bo coś mi szwankuje bloger i komentarzy nie mogę wstawiać, jednak wszystkie po kilka razy czytałam. I macie rację, na dziecko nigdy nie jest odpowiednia pora, a niespodzianki są najwspanialsze, więc czekam cierpliwie a nóż się uda:)
Pozdrawiam Was kobietki bardzo cieplutko ila:)!!




poniedziałek, 26 lipca 2010

CZASAMI ŻAŁUJĘ....

Czasami mam takie dni, że żałuję, że nie mam jeszcze córeczki. Ostatnio często mi się to zdarza, zwłaszcza gdy chodzę po sklepach, i w poszukiwaniu ciuchów dla Filipka natknę się na jakieś kolorowe, kwiatuszkowe sukienki, wtedy czuje jakąś wewnętrzną tęsknotę ...
Wiem, że jeszcze jest możliwość aby Filipek miał siostrzyczkę ale zastanawiam się nad tym wszystkim, czy chciałabym jeszcze raz to wszystko od nowa przechodzić, rozważam wszystkie za i przeciw. Nie będę się rozwodzić nad tym ale biję się straszliwie z myślami.
Ok, koniec mojego marudzenia, chciałam Wam pokazać powód, między innymi, dla którego zaczęłam tęsknić za jeszcze jednym dzieciątkiem:)
Wózek, kupiony w Świebodzińskim sklepie z używanymi rzeczami do domu, to cudo należy do siostry mojego Pawła, która użyczyła mi go do sesji zdjęciowej:)


Tak wygląda w całości. W oryginalnych kolorach ma materiał w drobne pomarańczowe kwiatuszki. Jego przeznaczenie jeszcze nie jest mi znane ale prawdopodobnie będą stały w nim kwiaty



Wiklinowy kosz cudnie współgra z metalowym spodem

I ta rączka, no wspaniale to wszystko wygląda na żywo

cała konstrukcja dolna jest modelowana i spawana z metalu




W sklepie wyżej wspomnianym, znalazłam tez sporo ciekawych rzeczy do domu i tez zamierzam się Wam wszystkim pochwalić:)
Pozdrawiam Was cieplutko i dziękuje bardzo za odwiedziny ila!




piątek, 23 lipca 2010

ZALEGŁOŚCI I INNE...

Na wstępie przede wszystkim chciałam Wam podziękować, że mimo kilka dni nie pisałam to i tak zaglądałyście do mnie, bardzo mnie to cieszy:)
Chciałam się też pochwalić świecznikami, które dostałam od Joanny z Mglistego snu. Świeczniki dostałam już bardzo dawno temu ale jakoś nie miałam okazji aby je obfocić, zawsze coś wypadało... to światło nie takie, to nie odpowiednie miejsce w końcu się udało:) Joasiu dziękuję Ci bardzo za nie, są naprawdę piękne i cudnie się wkomponowały w mój domek. Powiesiłam sobie na jednym z nich wianuszek- jedyny, zostawiłam tak na pamiątkę:)



I chciałam Wam się jeszcze pochwalić przepyszną zapiekanką, którą wyłącznie robi mój małżonek, ja do paleniska nie mam wstępu, zresztą grilla i inne imprezy odbywające się przy ognisku "obsługuje" mój małżonek:).
Miejsce może niezbyt efektownie wygląda ale Paweł tak sobie to wymyślił i tak jest, przeciez nie ocenia się książki po okładce. Zapiekankę piecze się nad paleniskiem, wtedy nabiera wyjątkowego smaku, można ją też robić w domowym piekarniku jednak to już nie jest to, lecz dla chętnych podaję przepis na zapiekankę, wyjdzie inna ale również dobra:)
ZAPIEKANKA CHŁOPSKA:
składniki:
1kg. ziemniaków
0,5 kg. kiełbasy śląskiej
2 buraczki
3 średniej wielkości cebule
6 ząbków czosnku
4 jajka
3 łyżki oliwy
sól
pieprz
magi, ewentualnie przyprawa kucharek
Wszystkie składniki kroimy- ziemniaki w ćwiartki a resztę składników w plasterki, układamy w dowolnej kolejności na sobie, później i tak zostanie wszystko przemieszane, gdy wszystkie warzywa zmiękną dodajemy rozmącone jajka i przykrywamy na 5 min. W wersji piekarnikowej czekamy również 5 min, ale w zamkniętym i wyłączonym piekarniku. Doskonale smakuje z kefirem lub maślanką, tak ze serdecznie polecam:)!
Kolory i konsystencja nie wygląda zbyt elegancko ale jest naprawdę warta zachodu:)










Kilka dni będę nieobecna bo mam w domu szczególnego gościa- po roku nieobecności odwiedził mnie tata więc musimy nadrobić zaległości:)
Pozdrawiam Was słonecznie i ściskam mocno:)!!




piątek, 16 lipca 2010

NA WSZELAKIE BOLEŚCI...

Nagietek jest rośliną, której nie powinno zabraknąć w ogrodzie. Oprócz tego, że ma niezwykle intensywny kolor i zapach ma też właściwości przeciwbakteryjne i przeciwzapalne. W tym roku skusiłam się aby samej zrobić maść nagietkową. Zawsze dostawałam ją od teściowej i była bardzo skuteczna w gojeniu ran, lub nawet na spierzchnięte usta.
Nagietków u nas na ogrodzie jest pod dostatkiem i co roku nasiewają się nowe, więc dlaczego by nie korzystać z dobrodziejstw, jakie daje nam matka natura.
Jeśli któraś z Was miałaby ochotę na tą maść to podaję niezwykle prosty przepis, do znalezienia również w internecie:)
MAŚĆ NAGIETKOWA!
Do sporządzenia maści potrzebne będą kostka smalcu i dwie solidne garści płatków nagietka.
Smalec roztapiamy w rondelku, dodajemy płatki i mieszamy, zdejmujemy z palnika i odstawiamy, gdy smalec wystygnie kolejny raz podgrzewamy go i przecedzamy całość przez sitko do naczynka w którym stężeje, wkładamy do lodówki.


Zebrane płateczki wysypujemy na gazetę aby pozbyć się nieproszonych gości w naszej maści

Tak wygląda maść w moim wydaniu, jest w słoiczku bo nie lubię walających się pustych pudełek po kremach i takowego nie miałam:)
A korzystając z okazji chciałam się jeszcze pochwalić jednym z kapturków na słoiczek, które również dostałam od Anne:)


Przy okazji zbierania płatków nazbierałam sobie kilka sztuk do "wazonika", w tle wspomniane wcześniej piękne serduszka od Anne z Home Sweet Home:)

A to już z innej parafii kwiaty ale kolorem nawiązujące do dzisiejszego posta- różyczki, które mój małżonek dostał na zakończenie roku szkolnego


Uciekam moczyć nogi w jeziorku bo już powoli się rozpływam, miłego weekendu Wam życzę!! ila!




środa, 14 lipca 2010

WAKACYJNIE...

Rozpływam się, na dworze ukrop, żar leje się z nieba a do tego wszystkiego do końca miesiąca nie mogę się kąpać w jeziorze:(. Jednak nie poddaję się, bo w końcu długo wyczekiwane wakacje mamy, z tej okazji zrobiłam eksperymentalny deserek z owocami leśnymi. Chłopaki zaakceptowali go, jedynie doczepili się do braku dużej ilości owoców leśnych, ale tak prawdę mówiąc nie chciało mi się stać na ogrodzie i zrywać ich.

Każdy, kto ma ochotę na odrobinę lata w pucharku zapraszam na mój nowy wynalazek:)
Deser z owocami leśnymi
składniki:
śmietanka 30% 250ml
żelatyna 3 łyżeczki
1 łyżka cukru pudru
truskawki
poziomki
czerwone porzeczki
maliny
czarne porzeczki
lub według uznania inne owoce ( ja zrobiłam z tymi, które miałam pod ręką:))
Wykonanie:
Śmietankę ubijamy na sztywną pianę, dodajemy zmiksowane truskawki( dla koloru i smaku) i uprzednio rozpuszczoną w wodzie żelatynę, na sam koniec dodajemy cukier puder i wszystko dokładnie mieszamy
Na dno pucharka kładziemy owoce( w moim przypadku maliny)i zalewamy pianką, dodajemy koleją warstwę owoców i znowu zalewamy pianką, na samą górę posypujemy owoce według uznania:) Wszystko wkładamy na 2 godziny do lodówki.

SMACZNEGO!!!!


I jeszcze chciałam nadmienić, że tackę, na której znajdują się te pyszności dostałam od Agi ze Ścieszką ku pełni:). Aguś ona jest cudna, dziękuję Ci bardzo, niebawem pokarze ją bliżej:)



Pozdrawiam wciąż wakacyjnie i bardzo słonecznie ila!!!